środa, 22 marca 2017

MAŁE MORZE

,, Morze
wciąż nowe i inne
dawno nie widziane


można patrzeć bez końca


na zwierciadle fali
ostrożnie kładącej się na piasek
delikatna mgła rozpryśniętych kropel
zawisa jak muślin


czar morza 
tkwi w tajemnicy
chronionej w przestworzach


fala uderza o brzeg
z rzadka, ledwo dosłyszalnie
wiatr dmucha pyłem wodnym


morze łagodne i ciche
oblane niebieską oliwą
przywraca światu
świeżość i czystość."
Wiersze znad Małego Morza
Henryk Jerzy Musa Kot


P.S. Małe morze to Zatoka Pucka :)

środa, 15 marca 2017

NAJPOPULARNIEJSZE CEBULOWE

Gdy świat obejmuje w posiadanie sztorm, nie pozostaje nic innego jak marzyć o kolorach i zapachach, które niedługo nas czekają na ogrodzie. Już wystawiły swoje główki krokusy. W kolejce ustawiają się sasanki, zawilce, szafirki, hiacynty, narcyzy i najpopularniejsze... tulipany. 


Tulipany zaczęto uprawiać w X wieku w Persji. Już wówczas dokonywano ich selekcji i krzyżowania. Później uprawiano je w Państwie Osmańskim, gdzie symbolizowały obfitość, wyrozumiałość i raj na ziemi. Prawdopodobnie stamtąd sprowadzono je w 1554 roku do Europy. 40 lat później Holandia rozpoczyna ich uprawę na skalę przemysłową. To tam co roku na wiosnę, w ogrodzie Keukenhof, rozpoczyna się prawdziwy pokaz 7 milionów tych kwiatów. 


U mnie w ogrodzie jest ich znacznie, znacznie mniej, ale też z niecierpliwością czekam na ich przedstawienie. Pierwsze kwitnienie rozpoczynają tulipany Kaufmanna The First


Zaraz po nich tulipany botaniczne Tarda


Przepięknie kwitnie tulipan pełny Peach Blossom 


i chyba tulipan papuzi Blue Parrot


Najwięcej mam białych tulipanów z nutą wanilii i zieleni: Exotic Emperor, Mondial, Spring Green, Swan Wings, Cardinal Mindszenty, Mount Tacoma. Niestety niewiele się różnią między sobą i dla mojego niewprawnego oka są trudne do odróżnienia. 








Jesienią dosadziłam 15 nowych cebulek Royal Virgin, Mount Tacoma i Green Star. Ciekawe, czy ich kwiaty też mnie oczarują :)

wtorek, 7 marca 2017

WARTOŚĆ UŚMIECHU

,, Uśmiechajcie się po świecie, bo uśmiechy, pewnie wiecie,
są jak klucz zaczarowany - otwierają wszystkie bramy.
Uśmiech ślij ku zimie, wiośnie - wtedy wkoło jest radośnie!
Od jesieni aż do lata ziemia w uśmiech jest bogata.
Uśmiech duży, uśmiech mały, smutku niech rozkruszy skały.
I na co dzień, i od święta o uśmiechu wciąż pamiętaj!
Uśmiech ślij na prawo, lewo...nic, że czasem trafi w drzewo.
Zieleń w drzewie jest zaklęta - zieleń pięknie uśmiechnięta.
I pamiętaj: uśmiech w oku gwarantuje uśmiech wokół!"
,, Uśmiech" Anna Walencik-Topiłko

Chociaż do Światowego Dnia Uśmiechu jeszcze ponad 200 dni już teraz postanowiłam poświęcić mu post. A powodem - widok śniegu dziś rano. Pierwsze spojrzenie na świat za oknem i konsternacja... znowu zima... z drugiej strony... jak pięknie... gdyby to nie był marzec... ale jednak cudownie. Aby pobudzić hormon szczęścia i nie jeść czekolady namówiłam męża na krótki, aktywny spacer z samego rana, na pobudzenie krążenia i dotlenienie mózgu.





I bardzo dobrze, bo po kilku godzinach śniegowa kraina roztopiła się, a ja do końca dnia obdarowywałam wszystkich uśmiechem :)

wtorek, 28 lutego 2017

PRZEBUDZENIE

Można powiedzieć, że obudziłam się ze snu zimowego. Długi to był sen, leniwy. Zima w tym roku nie zachęcała do spacerów. Nie było zbyt mroźnie, oprócz pierwszej połowy lutego, ale prawie codziennie wietrznie. A wiadomo, co potrafi z odczuwalną temperaturą wyczyniać wiatr. Toteż mój sen był spokojny, choć zakłócony w końcowej fazie przez obrzydły wirus, który mąż miał odwagę przytargać do domu z pracy. Krótko mówiąc, pierwszy od dwóch lat katar i pierwsza od 8 lat podwyższona temperatura zmusiła mnie do przespania dodatkowych dwóch dni. I spałabym tak dalej, gdyby nie wiosenne słoneczko, które wyciągnęło mnie spod zwojów kołder. Wdzierało się pod powieki i zachęcało do zabawy. 


Wiedząc, jak zdradliwa bywa nieraz wiosna, ubrałam się cieplutko, ale bez przesady i powoli wystawiłam nogi za próg. A dalej to już nie potrafiłam się powstrzymać. Nie wiem, skąd wzięłam nagle tyle energii. Nie tylko na zrobienie w spokoju pierwszych wiosennych zdjęć, ale i walkę z kretowiskami oraz przycięcie zaniedbanych jabłoni i grusz (dobrze, że w tym czasie przygoniło trochę chmur). 





Przy okazji zwróciłam uwagę, że tyle mnie czeka pracy w ogrodzie. Muszę otrzepać iglaki, aby pospadały suche igły (nie zrobiłam tego zimą, to teraz mam za swoje lenistwo), rozsypać wapno na trawnik, bo mi mchem zarasta, opryskać drzewka na mszyce i przędziorki (tego to mam mnóstwo co roku) i przygotować skrzynie do wysiewu sałat i rzodkiewki. A w domu wysiać nasiona pomidorów i traw ozdobnych, bo rzeżucha i szczypiorek już rosną :)


Wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale widziałam dzisiaj pierwszy klucz powracających, dzikich gęsi :)

czwartek, 23 lutego 2017

LOSY KRÓLA PĄCZKA

,,Gdy uderzył wielki dzwon, 
objął w świecie pączek tron.
Król przez wszystkich ukochany,
piękny, pulchny i rumiany.
W brzuszku wprawdzie miał on dziurę, 
lecz w tej dziurze konfiturę"
J.Mączyński ,, Losy króla pączka "


Początkowo w kuchni polskiej pączki miały postać ciasta nadziewanego słoniną. Dopiero od XVI wieku zaczęto przyrządzać je na słodko. Teraz nie wyobrażamy sobie Tłustego Czwartku bez pączków z konfiturą różaną lub wiśnią, ale dawniej tego dnia przysmakami też były: pampuchy ( pączki gotowane na parze), bałabuchy (pszenne bułeczki polane roztopioną słoniną ze skwarkami), hreczuszki (pierogi z mąki gryczanej), oładki ( placki z zsiadłego mleka), raczuchy (placki wypiekane z gryczanej mąki) czy plińce (placki ziemniaczane).


Pączek powinien być pulchny, po nacisnięciu powracający do swojej objętości, z jasną obwódką świadczącą o świeżości tłuszczu. Uwielbiam, gdy w środku znajduje się czekolada lub budyń i to sporo. Moimi faworytami są też pączki parzone :)


Z roku na rok jem coraz mniej pączków w Tłusty Czwartek i zwracam większą uwagę na ich smak. Muszą zachwycić po prostu moje podniebienie :)

czwartek, 16 lutego 2017

TRUDNY WYBÓR

Zima odpuszcza, słońce grzeje, a przede mną wybór solitera. Trudny wybór... Marzy mi się drzewo, pod którym siądę w cieniu na ławeczce i będę odpoczywać jak Kochanowski pod swoją ulubioną lipą. I to nie za 20, ale najpóźniej za 5 lat. I żeby mi nic z drzewa do aromatycznej herbaty nie spadało, czyli najlepiej bez kwiatów i owoców to cudo ma być. Ale pień potężny, żeby go jesienno-zimowe wiatry nie złamały i szeroka korona mile widziane. Dobrze, że jeszcze śnieg na dworze, bo zdecydować się nie mogę. Chyba się starzeję. Jeszcze kilka lat temu decyzję podejmowałam szybko i bez wahania. Gdy potrzebowałam małe drzewko od razu zachwyciłam się grusza wierzbolistną. I nadal ją uwielbiam za srebrne, wąskie listki, cudowne kwiaty i niejadalne owoce. Gdy ją kupowałam nikt mi nie powiedział, że rośnie jak oszalała i teraz muszę ją dwa razy w roku przycinać, aby zachowała swój ładny pokrój. Ale z drugiej strony świetnie radzi sobie w moim piaszczystym ogrodzie. Jestem z niej bardzo zadowolona. W końcu nie każdy ma gruszki na wierzbie :)







 Propozycje mile widziane :)


środa, 8 lutego 2017

ŚNIEŻYCA, DZWONECZKI I PIZZERINKI

Za oknem świat znów stał się biały. Luty przypomina, że to nie koniec zimy i że ma coś jeszcze do powiedzenia. Podjazd straszy swoim widokiem, ale po półgodzinnej walce daję za wygraną. Śnieg nie przestaje padać, a wiatr wyczynia harce usypując kopce na odśnieżonej ścieżce. Mróz obejmuje we władanie palce moich stóp i rąk. Dzisiaj nie mam ochoty na dłuższe przebywanie na dworze. Dom wita mnie miłym ciepłem, ale jeszcze nie czas na odpoczynek. Najpierw w ruch idzie ścierka, bo ja jako śnieżny ludek szybko zaczynam topnieć, pozostawiając po sobie porządne kałuże. Skostniałe stopy cieszą się z podgrzewanej podłogi, a oczy kupionymi na początku tygodnia delikatnymi dzwoneczkami.






Czas uzupełnić kalorie. Dziś mam ochotę na pizzerinki. Jak pisze Małgorzata Caprari w ,,Kuchnia włosko-polska i polsko-włoska dla początkujących": 
,,Prawdziwą pizzę trzeba albo zrobić w domu, albo kupić na wagę z formy w małej pizzerii w dzielnicy Vomero czy Arenella ( w Neapolu oczywiście ), ewentualnie spożyć w małej knajpce z dużymi stołami z ciemnego drewna, z widoczkami przedstawiającymi przeraźliwie niebieskie morze i Wezuwiusza na tle równie wściekle błękitnego nieba, z piecem na węgiel drzewny...."
Ponieważ o kupnie na wagę i o jedzeniu we włoskiej pizzerii mogę tylko pomarzyć, nie pozostaje mi nic innego jak zakasać rękawy i zabrać się do roboty. Za oknem wiatr hula, a domowym piekarniku piecze się niespodzianka :)





P.S. Jutro Międzynarodowy Dzień Pizzy :)