piątek, 30 grudnia 2016

KOLĘDA CZYLI PODARUNEK NOWOROCZNY

Czy wiedzieliście, że słowo kolęda początkowo oznaczało noworoczną pieśń powitalną i pochwalną na cześć gospodarzy, przekazującą życzenia szczęścia i pomyślności ? 
Był to zwyczaj pochodzenia rzymskiego. Pan przyjmując życzenia musiał obdarować poddanego, rodzic - dziecko. Od króla można było otrzymać wioskę, od szlachcica - butelkę wódki, od aptekarza - czekoladę lub pachnidła. Najdłużej zwyczaj obdarowywania kolędą utrzymał się wśród listonoszy i kominiarzy. Dziś już tak ,, szczodrych dni " nie ma, ale nadal obdarowujemy się życzeniami. 
Ja w podarku noworocznym dla odwiedzających mój blog publikuję zdjęcia iluminacji świetlnych z Parku Oliwskiego :)








Niech w Nowym Roku spełnią się Wasze najskrytsze marzenia :) 

środa, 21 grudnia 2016

JEST TAKI DZIEŃ

,,Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku
Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku.
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem.
Dzień, piękny dzień, dziś nam rok go składa w darze"
I na ten dzień, a raczej wieczór, gdy zabłyśnie pierwsza gwiazdka, od dzieciństwa czekam z utęsknieniem. Wigilia - wieczór prawdziwego rodzinnego święta, czas miłości i oczekiwania... czas umilony kolędami. 


Według Hanny Szymanderskiej ( ,,Polskie tradycje świąteczne") 
,, Z nocą wigilijną związane są szczególnie liczne wierzenia. Jest to noc, w czasie której błąkają się duchy, a  w wierzeniach ludowych to moment czarów, dziwów, niesamowitych zjawisk i nadprzyrodzonych mocy, czas rządzony przez tajemniczy i nieodgadniony świat zmarłych. ...Kościół katolicki...był niezwykle tolerancyjny wobec ludowych zwyczajów świątecznych i obrzędów, do których lud był szczerze przywiązany potęgą tradycji niezliczonych pokoleń. Działając z wielką cierpliwością przez wiele wieków, nadał dawnym zwyczajom nowy sens, przyjął dawne formy i wypełnił je własną treścią."


Nie mogę uwierzyć w opisywane psoty i żarty podczas Pasterki: dolewanie atramentu do wody święconej czy związywanie sznurkiem kilku modlących się razem. Jeszcze na początku XVIII wieku Wigilia była bowiem świętem radosnym. Późniejsze polskie doświadczenia historyczne zmieniły ją w najbardziej uroczyste i rodzinne święto w roku.


W polskiej tradycji kolacja wigilijna składała się zawsze z potraw postnych. I co wywołało moje zdziwienie nie 12, jak uczono mnie w domu, lecz 5, 7, 9, 11 lu 13 (zawsze nieparzysta ilość, aby zapewnić sobie w następnym roku urodzaj). 12 to ilość dań rybnych na pamiątkę 12 apostołów. 


Zanim do polskich domów zawitała choinka, znany był w całym kraju zwyczaj wieszania u pułapu  podłaźniczki. Gałęzie jodły, świerku lub sosny, zawierające według wierzeń ludowych życiodajne moce, strojono opłatkiem, jabłkami i orzechami. Teraz modny stał się amerykański zwyczaj ozdabiania drzwi wieńcem adwentowym i angielski - wieszanie jemioły, symbolu skruchy i pojednania. 


Dawniej czas oczekiwania na Pasterkę wypełniano grą w kości i karty na orzechy. Wierzono, że gra w ten właśnie wieczór przynosi szczęście. U mnie w domu tę tradycję wprowadził kilka lat temu syn. Jako zapalony gracz gier planszowych przygotował już dla nas kilka nowości: Takenoko, Smallworld i 51 stan. Przy dźwięku kolęd i w blasku świec nikt nie będzie miał prawa się nudzić :)


A na koniec chcę się podzielić z Wami Opłatkiem :)
,,Weź do ręki biały opłatek,
Choćbyś nawet nie miał go z kimś dzielić
i życz szczęścia całemu światu
niech się wszystkie serca rozweselą..."
Z. Kunstman ,,W dzień Bożego Narodzenia"


wtorek, 13 grudnia 2016

KORZENNIE I MIODOWO

W wielu domach na pewno unosi się już zapach przypraw piernikowych, cudowny przedsmak świąt. Wg Hanny Szymanderskiej ( Polskie tradycje świąteczne ) w czasach starosłowiańskich, gdy ,, o cukrze nie miano jeszcze pojęcia, jedynym i bardzo cenionym rodzajem słodyczy był miód dzikich pszczół, łączony z grubo miażdżonymi ziarnami pszenicy". 
Po wielu próbach, zmianach i doskonaleniu przepisu otrzymano przysmak, który jest chyba w każdym domu na święta. W moim obowiązkowo w postaci pachnących pierniczków.


,,Receptura pierników nie była skomplikowana. Ciasto przygotowywano z czystego miodu, korzeni (kardamon, goździki, cynamon, pieprz, imbir, anyż), mąki żytniej i pszennej po połowie, spirytusu i potażu..." 


Mój przepis (dostałam go kilka lat temu od koleżanki) zawiera pół na pół miód i cukier, korzenie, ciemne kakao, masło, jajka, mąkę pszenną i sodę ( lukier z cukru pudru i soku z cytryny).


,,Praca przy nich też nie była skomplikowana, ale żmudna i uchodziła za prawdziwą sztukę. Piernikowe ciasto było bardzo gęste i twarde. Wybijać, wygniatać i wyciągać je musiały przez wiele dni bardzo silne dziewczęta." 
Z moim na szczęście nie ma tyle kłopotów. 


,,Najważniejszym składnikiem piernikowego ciasta był sam zaczyn, tym lepszy, im więcej liczył lat. Był on rzeczą tak cenną, że stanowił część posagu panny młodej". 
Niestety autorka nie napisała, w którym regionie Polski kultywowano tę tradycję.


,,Po upieczeniu pierniki staropolskie były twarde jak żelazo. Dopiero po wielu tygodniach leżenia stawały się zdatne do jedzenia, a wtedy same rozpływały się w ustach". 
Pamiętam, jak rozczarowane były córki, gdy pierwszy raz robiły ze mną pierniczki (z innego przepisu). Myślały, że od razu po ciężkiej jak na ich wiek zabawie, będą mogły spróbować swoich wypieków. I dlatego zmieniłam przepis, aby dzieci mogły od razu nacieszyć się pachnącym cudem. Nieraz z powodu łakomczuchów trzeba było jeszcze raz zabrać się za pieczenie. 


W tym roku większość z pierniczków, udekorowana i zamknięta w szczelnym pojemniku, bez problemów uchowa się do Świąt. Pojawiły się bowiem nowe ciasteczka, migdałowe, które trzeba chować przed łasuchami :)

środa, 7 grudnia 2016

BAZI CZYLI GROSZEK

Nie mogłam się oderwać od lektury wzruszającej książki o miłości, o miłości bez przyszłości. Liat i Hilmi...dwa narody, jeden kraj. Kraj rozdzielony murem, o którym bohaterka mówi : ,, To własnie on. Mur, który zawsze stał między nami, płot, który zawsze wyobrażałam sobie jak żywopłoty kolczastej opuncji, którymi oznaczano kiedyś granice wiosek, gdzie kończyło się jedno terytorium, a zaczynało drugie. " Teraz rozdziela tych dwoje, chroni Liat przed tęsknotą i marzeniami, marzeniami o życiu ,, w mieszczańskim domku z kominem, pokrytym dachówką i otoczonym ogródkiem. Lub w jakimś miasteczku uniwersyteckim, w miejscu gdzie nikt nas nie zna, z dużym samochodem na parkingu. My i nasza dwójka dzieci, synek i córeczka. Wiedziemy nasze amerykańskie życie jak w reklamach, jak w serialach telewizyjnych." 
Liat nie walczy o swoją miłość, daje sobie pół roku szczęścia daleko poza granicami kraju, tam, gdzie nikt jej nie rozpozna. Ale nawet w zaśnieżonym Nowym Jorku spotyka znajomych i jest szczęśliwa, że jej nie rozpoznają, że jej sekret się nie wydał. ,, Kurczę się jeszcze bardziej i siedzę bez ruchu. Jakby związano mnie w tej pozycji podczas snu. Znów przenika mnie zimno. To jest żałosne, śmieszne i wstyd mi, że się tak chowam, ale muszę wytrwać w tym moim sennym żałosnym przedstawieniu, ukryć siebie za maską anonimowości, którą zapewnia mi szalik. Muszę mieć wciąż zamknięte oczy...Czuję się jak mała dziewczynka skrywająca głowę pod kołdrą i wierząca, że jest niewidzialna. Nie mam jednak wyjścia. Nie mogę ryzykować." 
Liat nie ma odwagi by walczyć, przeciwstawić się tradycji i rodzinie. Nie potrafi rozpocząć życia z ukochanym bez akceptacji najbliższych. A jednak gdy go traci na zawsze, nie potrafi pozbyć się poczucia winy...
Dorit Rabinyan ,,Żywopłot" - Warto przeczytać :)

wtorek, 29 listopada 2016

UPALNE ORTA

Chrupiąc cantuccini i delektując się jego migdałowo-cytrynowym smakiem wiedziałam, że dzisiejszy post poświęcę włoskim wspomnieniom i zimny, ponury wieczór zamienię na upalne Orta San Gulio. To średniowieczne miasteczko wcale nie spodobało mi się w pierwszym momencie. Tłum turystów na głównym placu, hałas, brak miejsc do odpoczynku w cieniu i do tego żar lejący się z nieba...Trudno o gorszy początek. Ale szybka decyzja o popłynięciu na Wypę San Gulio trochę poprawiła mi nastrój. Spacer wąską i bardzo krótką trasą (obwód wyspy to tylko 600 m) pomiędzy Klasztorem Benedyktynek, Bazyliką San Gulio i prywatnymi domami, a później odpoczynek na ławeczce w cieniu drzew pozwoliły mi się wyciszyć i spojrzeć inaczej na piękne jezioro i miasto po drugiej stronie. 







Białe żagle katamaranów i jachtów podziałały uspokajająco i gdy przyszedł czas odjazdu żałowałam, że trzeba już wracać. Okazało się , że trzeba się tylko trochę oddalić od centrum miasteczka, aby znaleźć ciekawe zakątki i zobaczyć codzienne życie mieszkańców. Spacerując wzdłuż jeziora obserwowałam dzieci pluskające się w jego wodach pod opieką dorosłych, małe łódki zacumowane przy brzegu czekające na właściciela, pełne uroku ogródki z placykami wypoczynkowymi i egzotyczną roślinnością. W ciasnych, zacienionych uliczkach, z zakazem ruchu samochodów, podziwiałam rodzinne sklepiki oferujące lokalne produkty. Spróbowałam tez miejscowej odmiany pizzy, była pyszna.






Aby dostrzec wszystkie uroki miasteczka Orta San Gulio powinnam je zwiedzać poza sezonem. Może wtedy spodobałoby mi się od razu :)

wtorek, 22 listopada 2016

OTOCZONE SŁONECZNYM BLASKIEM

Jak miło zaskoczył mnie listopad w tym roku. Po smutnym październiku wydawało się, że już tylko szarugi i wiatr nas czeka. A tutaj i słońce, i ciepło, kurtki nie chce się zakładać. Las znowu pachnie grzybami...ptaki miło ćwierkają z rana... Liście w końcu zaczynają szeleścić pod stopami. Brzoza nie chce ich gubić, tylko każe wpatrywać się w ich słoneczny blask. Muszę nacieszyć nimi oczy, zanim zlecą z kolejnym powrotem chłodu. Delikatne kwiaty wrzosów, chryzantem, hortensji i bratków zachwycają swoimi barwami. Malina kusi ostatnim czerwonym owocem, a w kroplach rosy odbijają się promienie słoneczne tworząc kolorową poświatę. 








Szkoda, że tylko zmrok zapada tak wcześnie i trzeba wrócić do domu, opatulić się ciepłym szalem i wypić rozgrzewającą malinową herbatkę. A gdy godziny wieczorne zaczynają się dłużyć, wyciągnąć karimatę i dla odprężenia poćwiczyć jogę :) 

wtorek, 15 listopada 2016

DZIEDZICTWO MONTE ISOLA

Dziwne by było, gdyby mieszkańcy wyspy nie mieli łodzi. Wszędzie więc widoczne są mniejsze i większe, motorowe i wiosłowe. 





Dawniej było też sporo rybackich. Dziś, aby je zobaczyć, trzeba udać się do muzeum przy wytwórni siatek. 


Tak jak kiedyś produkcją siatek zajmują się kobiety. Z pomocą maszyn powstają już nie tylko siatki rybackie, ale też bramkarskie, hamaki i torebki.


A jak wyglądała w tym rejonie praca rybaków można obejrzeć na wystawie dekoracyjnych kafli.





Monte Isola jest sławna też z powodu Festy, który odbywa się co 5 lat, aby upamiętnić koniec epidemii cholery. Kwiaty tworzy się ręcznie z bibuły i dekoruje domy i uliczki. Nie zwiedzałam wyspy w czasie tego święta, ale nie miałam czego żałować. Mieszkańcy na co dzień mogą pochwalić się bogactwem kwiatów doniczkowych i ogrodowych. 









Spodobał mi się spokój i cisza panująca na Monte Isola. Brak samochodów, brak tłumów turystów. Tam można spędzić całe lato leniwie spacerując promenadą wzdłuż jeziora :)